niedziela, 29 grudnia 2013

Czas zaklęty w drewnie - Bieszczady świątecznie / zimowo, część I

To nie jest post sponsorowany

Decyzja o wyjeździe na tegoroczne święta zapadła dość spontanicznie. Pozostawało tylko zdecydować, gdzie jedziemy i znaleźć miejsce, w którym warto się zatrzymać. To pierwsze nie nastręczyło żadnych trudności. Decyzja, że będą to Bieszczady, była niemal intuicyjna, poparta argumentem, że jest duża szansa na śnieg. Temat znalezienia noclegów również nie okazał się skomplikowany pomimo, że szukaliśmy niecałe 2 tygodnie przed świętami.

Wymagania związane z miejscem pobytu mieliśmy wyjątkowo duże i skonkretyzowane. Komfortowy dla 4 osób domek z kominkiem i dobrze urządzoną kuchnią, wszak czekało nas przygotowanie wigilijnej wieczerzy. Wybraliśmy wolnostojący domek w Osadzie Biesczad, w niewielkiej wsi Kalnica. Zdecydowanie polecamy! Drewniane domki są pięknie położone i urządzone oraz wyposażone w sam raz na nawet dłuższy pobyt rodziny lub grupy znajomych. Szczegóły znajdziecie na stronie internetowej osady, podlinkowanej powyżej :)

Osada Biesczad



W przedświąteczny poniedziałek wyruszyliśmy w drogę. Wybraliśmy malowniczą trasę biegnącą początkowo granicą Beskidu Niskiego, a później między jego wzgórzami. Na odcinku od Dukli ruch samochodowy był minimalny, mogliśmy więc w spokoju podziwiać otaczające nas krajobrazy i... cieszyć się śniegiem, którego ilość wzrastała wraz z każdym kilometrem.
Pierwszy przystanek okazał się przede wszystkim orzeźwiający - temperatura w Komańczy, położonej na pograniczu Beskidu Niskiego i Bieszczadów, znacznie różniła się od tej, którą zostawiliśmy w rodzinnych stronach. 
Obejrzeliśmy drewnianą cerkiew pw. Opieki Bogurodzicy, odbudowaną w latach 2008-2010 po pożarze, który niemal doszczętnie strawił prawie 200 letni zabytek 2 lata wcześniej.

Odbudowana w latach 2008-2010 prawosławna cerkiew i zabytkowa dzwonnica w Komańczy


W internecie bez trudu można znaleźć amatorski film rejestrujący pożar cerkwi. Żywioł bez skrupułów szybko robi swoje, żal patrzeć na bezradność przybyłych na miejsce strażaków. Nie miałam okazji podziwiać cerkwi z 1802 roku, ale replika prezentuje się imponująco.

Jednym z powodów, dla których Bieszczady są mi tak bliskie jest to, że wciąż mnie zaskakują. Pomimo, że zdeptałam już najpiękniejsze górskie bieszczadzkie szlaki, region ten kryje przede mną jeszcze wiele niespodzianek. Drugim punktem dnia był bowiem Klasztor sióstr "Nazaretanek" w części Komańczy zwanej Letniskiem, o którego istnieniu... nie miałam do tej pory pojęcia. Mieści się on w budynku zbudowanym w stylu szwajcarskim na przełomie lat 20 i 30 XX wieku, jako letni pensjonat dla sióstr. W latach 50 przez rok internowany był tam kardynał Stefan Wyszyński. Aby dotrzeć do klasztoru, trzeba się nieco wspiąć w jedną z bocznych dolinek drogą przez las. Położenie, wielkość i architektura klasztoru wydają się w tym dość odludnym miejscu nieco abstrakcyjne, zobaczcie sami.


Klasztor Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu w Komańczy
Kontynuując odkrywanie drewnianych bieszczadzkich zabytków, zatrzymaliśmy się w Radoszycach, w których na malowniczym wzgórzu stoi cerkiew parafialna p.w. św Dymitra, obecnie użytkowana jako kościół. Cerkwie stawiane były ponoć w najładniejszych miejscach osad, stąd ich lokalizacje zachwycają po obecne czasy.


Cerkiew parafialna p.w. św Dymitra w Radoszycach, obecnie użytkowana jako kościół

W wigilijne przedpołudnie wybraliśmy się na spacer do położonej równie bajkowo cerkwi w nieistniejącej wsi Łopienka. Droga biegnąca w kierunku Łopiennika wzdłuż jednego z dopływów Solinki sama w sobie obfituje w atrakcje. Usytuowano przy niej bieszczadzkie retorty do wypalania węgla drzewnego, a jednymi z mieszkańców są bobry (co niestety stwierdziliśmy na podstawie charakterystycznych śladów ich bytności, a nie bezpośredniej obserwacji).
Cerkiew usytuowana jest na polanie otoczonej przez starasowane pod uprawy stoki, na których  rosną przygarbione, na wpół dzikie drzewa owocowe. Ślady niegdysiejszego zamieszkania tego terenu są więc wciąż bardzo widoczne.


Cerkiew w Łopience
Nie bylibyśmy jednak sobą, gdybyśmy będąc w Bieszczadach nie wybrali się w góry! Plany wycieczki pokrzyżował nieco silny wiatr fenowy (jego kumpel, halny, mocno narozrabiał w tym czasie w Tatrach...), zdecydowaliśmy się więc tylko na szybkie wejście do schroniska Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej.
To, co działo się powyżej granicy lasu utwierdziło nas w przekonaniu, że podjęliśmy słuszną decyzję. Nie udało by się nam przejść grzbietem Połoniny Wetlińskiej. Nie widać tego na zdjęciach, ale podmuchy wiatru były na tyle silne, że chwilami niemal zwalały z nóg.


Chatka Puchatka okazała się być dość umownym schronieniem. Drewniane ściany schroniska szczelne nie są; pod jedną z ławek leżała mała zaspa... Wynagradzały to widoki z okien, które mogliśmy podziwiać pijąc gorącą herbatę.



Górski, wietrzny spacer w promieniach słońca dostarczył nam jednak dużo radości... i okazał się ostatnią okazją do obcowania ze śniegiem podczas wyjazdu.


A jak zakończyliśmy te kilka dni w Bieszczadach? Poświęcę temu odrębny post, bowiem uważam, że temat jak najbardziej zasługuje na pewne rozwinięcie. Część II zimowo - świątecznej relacji już niebawem!

Tęskniąca za śniegiem,
Anaberry


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz