środa, 22 kwietnia 2015

Dzień Ziemi


Gdzieś na Morawach w Czechach
 
Niemal dokładnie rok temu zachwycałam się krajobrazem czeskich Moraw, podziwiając go głównie z wysokości rowerowego siodełka i perspektywy świetnie przygotowanych rowerowych ścieżek. Maj, wściekle zielone drzewa, pola i winnice, kwitnący na żółto rzepak. Ładna zabudowa, nieprzekombinowana architektura domów mieszkalnych. Bardzo czyste i schludne ogrody, ogródeczki, obejścia. Zadbany każdy fragment miejskiej i wiejskiej zieleni; przystrzyżone trawniki, uporządkowana przestrzeń. Tak niewiele, a tak zjawiskowe efekty.



Niedawno jechałam rankiem przez Małopolskę. Dzień był słoneczny, siedziałam na miejscu pasażera i mogłam do woli obserwować krajobraz. Pomyślałam, że przecież u nas też potrafi być pięknie! Pola się zielenią, drzewa owocowe toną w białych pąkach. Więc dlaczego zachwycam się Morawami, a tym, co tuż obok nie potrafię?
Powody są dwa, niestety oba bardzo widoczne w przestrzeni publicznej i szpecące krajobraz. Wszechobecne reklamy oraz śmieci. 

O tych pierwszych napisano już wiele. Jako społeczeństwo dopiero i bardzo powoli dojrzewamy do jako takiego poczucia estetyki w tej dziedzinie. A może tego, że tę kwestię zwyczajnie należy uregulować prawnie, co w poniektórych zorientowanych na turystów miejscach się dzieje (np. Park Kulturowy Stare Miasto w Krakowie).

A śmieci? Wyścielone są nimi, niczym kolorowymi dywanami przydrożne rowy. Opakowania po jedzeniu z restauracji typu "Pod złotymi łukami" znaczą strefy czasu spożycia kanapek i frytek zamówionych na wynos. Jeden okrąg dla klientów poruszających się pieszo, drugi, o nieco większym promieniu, dla zmotoryzowanych. Bywa, że znajdujemy śmieci, najczęściej w postaci flaszek poalkoholowych, na własnej (nieogrodzonej) posesji! Nie wspominając o hałdach worów ze śmieciami w lasach i innych miejscach tak zwanego łona natury.

Pamiętam, gdy w podstawówce z okazji Międzynarodowego Dnia Ziemi w ramach szkolnych zajęć wychodziliśmy uzbrojeni w worki i rękawiczki i sprzątaliśmy najbliższe okolice. Półtora tygodnia temu na górskim szlaku widziałam turystę z workiem wypełnionym plastikowymi butelkami i opakowaniami po ciastkach i innych przekąskach. Zapewne jego własna oddolna inicjatywa. Patrzyłam z lekkim niedowierzaniem, ale i szacunkiem - wszak wykonał kawał(eczek) dobrej i potrzebnej roboty.

Nie umiem wyrzucić śmiecia pod nogi / z okna samochodu / za czyjś płot. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Jak to możliwe, że tylu ludzi jednak tę sztukę posiada? Tak niewiele wystarczyło by, żeby problem nie istniał. Zabranie ze sobą opakowania po jedzeniu/napoju nie kosztuje nas nic. Dlatego niewyobrażalna jest dla mnie skala zjawiska.
W czym tkwi problem? Niedostateczna edukacja, luki w przepisach prawa, zwykłe ludzkie lenistwo, czy kompletny brak wyobraźni?

Zaniedługo znów długi weekend majowy i tradycyjnie zamierzam spędzić go aktywnie, tym razem w kraju. Ciekawe, jak region, do którego się wybieramy, wypadnie na tle naszych sąsiadów...?


Anaberry

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz