poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kocierz slow

Lubię wyjeżdżać w Bieszczady z wielu powodów. Piękne krajobrazy, rozległe, słabo zaludnione przestrzenie, przyroda to tylko kilka z powodów. Lubię też, ponieważ czuję, że ludzie żyją tam jakby wolniej, uważniej, spokojniej. Ten spokój potrafi się udzielać. I uśmiechają się do siebie jakby więcej, niż gdziekolwiek indziej.

Lubię wyjeżdżać do Kocierza, ponieważ tam również łatwiej zwolnić. Drewniana chałupa, w której się zatrzymujemy sama w sobie działa kojąco i nasuwa wiele refleksji. Kaflowy kuchenny piec z blachą inspiruje do poszukiwań tradycyjnych przepisów z regionu.

Wstaję wczesnym rankiem, ubieram się ciepło, rozpalam w piecu. Nastawiam wodę na herbatę i stawiam na blasze kawiarkę. Zarabiam ciasto na podpłomyki, formuję placki i wrzucam je na blachę. Robię naleśniki i śniadanie niemal gotowe. A w międzyczasie piekę proste, drożdżowe cynamonki, będą na później. Chce mi się.
 
 

Na przełomie roku spędziliśmy w Kocierzu cały tydzień. To był tydzień prawdziwego slow life'u. Poranne rozpalanie w piecach i pilnowanie ognia. Niespieszne gotowanie z wykorzystaniem kaflowego kuchennego pieca, pierwszy własnoręcznie upieczony na zakwasie (nie drożdżowy!) chleb. Czytanie, spacery, gry, ośnieżanie. Proste czynności, które przynoszą wewnętrzny spokój, radość, satysfakcję. Rozmrażanie nocą rurki z wodą przy pomocy suszarki do włosów... bywa i tak :)

Rodzice, którzy nas odwiedzili, chyba niezupełnie wierzyli, że robimy to wszystko z własnej woli, nie na pokaz. Bo tak nam się chce i podoba.


Lubię takie niespieszne dni. Ale też lubię, gdy kontrastują z tymi wypełnionymi zadaniami po brzegi; wtedy, niejako na zasadzie kontrastu, można je bardziej docenić.
 Anaberry

2 komentarze:

  1. prawdziwy slow life... jak mi czasem tego brakuje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joanna, zapraszamy częściej do Kocierza :)

      Usuń