niedziela, 3 maja 2015

Podlasie: pięknie i pysznie


A więc spełniło się jedno z moich podróżniczych marzeń; odwiedziliśmy Podlasie. To jedna z destynacji, na które zdecydowaliśmy się w niecałe pół doby przed wyjazdem na tegoroczny przedłużony weekend majowy. Ze względu na bogactwo wrażeń i ogrom przywiezionych zdjęć zdecydowałam się rozbić relację z wyjazdu na kilka postów.

 
Po pierwsze maj. Lubię ten czas, gdy zieleń ma tak wiele odcieni i poprzetykana jest bielą i pastelami kwiatów kwitnących drzew i krzewów. Ich zapach oszałamia. Jak i w ogóle przyroda na Podlasiu. Czyste, przejrzyste powietrze - do tego nie jestem przyzwyczajona. Rozległe, pofalowane wskutek działalności lodowca przestrzenie. Starannie zaorane lub po prostu wściekle zazielenione. Można pomyśleć, że zdjęcie na flagową tapetę Windows'a powstało właśnie tam (a jednak powstało w Stanach). Zagony porzeczek i agrestu. Puszcza Knyszyńska, której walory chroni Park Krajobrazowy.



Urzeka zabudowa wsi. Ulicówki. Maleńkie, drewniane, tradycyjne domki stanowią większość. W wielu wioskach domy stoją ścianami szczytowymi do ulicy, co tworzy miłą dla oka harmonię. Te najładniejsze, wyremontowane, są często własnością białostoczan, wnioskując po rejestracjach samochodów w obejściach. Domki wakacyjne, weekendowe. Z okazji długiego weekendu akurat zamieszkane. Może to dobry trend. Sporo jest też budynków, które czasy świetności mają już za sobą i być może to dla nich jedyna droga ratunku, szansa na ocalenie.
Przed drewnianymi płotami, wzdłuż brukowanych uliczek stoją ławeczki, z których mieszkańcy skwapliwie korzystają by obserwować drogę.
Współczesna zabudowa, jeśli się pojawia, zgrabnie nawiązuje do tradycji, elewacje domów kryte są deskami.

Kruszyniany

Kruszyniany
Górany

Górany
Ostrów Nowy
Górany

Pominąwszy główne drogi między większymi ośrodkami, często brak asfaltu. W jego miejscu pojawia się szutr albo różowe kocie łby (przekleństwo rowerzysty ;)).


 
Stałym elementem krajobrazu są bociany. Przesiadują w gniazdach, krążą na tle nieba, kroczą przez pola i łąki. Ich klekot pojawia się znienacka i dla mnie zawsze jest to zaskakujący, przez moment trudny do zidentyfikowania dźwięk.





Przemierzyliśmy na rowerach łącznie 180 km dróg i ścieżek mając za bazę wypadową Kruszyniany. Podziwialiśmy nadgraniczne pejzaże, urokliwą, od lat nieznacznie tylko zmienioną zabudowę wsi, zieloną gęstwinę Puszczy Knyszyńskiej. W Kruszynianach i Bohonikach  dotarliśmy do meczetów i mizarów  (muzułmańskich cmentarzy), położonych malowniczo na skrajach lasów. Minęliśmy kilka zabytkowych cerkwi (a każda z nich inna!). Wielokrotnie uśmiechnęliśmy się na widok beztrosko wypasających się stad krów i koni... a kilkukrotnie wystraszyliśmy agresywnym zachowaniem biegających samopas psów. W niewielkim miasteczku Krynki dziwiliśmy się gwiaździstemu rynkowi, z którego odchodzi dwanaście dróg we wszystkie świata strony. Poniżej jeszcze garść zdjęć. Właściwie to dużo zdjęć!

Foto: K.
Most kolejowy na rzece Świsłocz, stanowiącej w tym miejscu granicę polsko-białoruską

Meczet w Kruszynianach
Meczet w Kruszynianach
Mizar w Kruszynianach
Mizar w Kruszynianach
Mizar w Kruszynianach
Mizar w Kruszynianach

Mizar w Kruszynianach

Meczet w Bohonikach
Aleja w Bohonikach
Aleja lipowa w Żyliczach

W Kundziczach albo Ciumiczach

Cerkiew w Jurowlanach

Cerkiew w Samogrodzie

Cerkiew na Grzybowszczyźnie

Krynki: schemat rynku / ronda :)

Krynki

Krynki: gminna Biblioteka Publiczna i cerkiew

Spaliśmy i jedliśmy u Dżenetty Bogdanowicz w Tatarskiej Jurcie w Kruszynianach. Moim zdaniem pomysł na to miejsce jest genialny. Pani Dżenetcie udało się nie tylko rozkręcić dobrze prosperujący biznes, ale i mocno wypromować kulturę tatarską. Oraz tatarskie smaki.

Śniadania. Tu nie ma nic przypadkowe go. Począwszy od pysznego chleba, czy masła wymieszanego z zielonymi ziołami, przez wybitne wędliny (również baranie!) i sery, smażone przez seniorkę rodu racuchy, po kawę i herbatę doprawione... przyprawami. Warto dodać, że dodatkowo na stole zawsze ląduje coś extra. Kiełbaski na ciepło przyrządzone z warzywami, sałatki, śledzik, albo ryż na słodko, podany tak apetycznie, że niemal sięgnęłam po niego, choć nie jest to mój smak ;) 

Obiady według zamówienia. Krótka karta, której lektura sprawia, że najchętniej spróbowałoby się wszystkiego. To lubię! I wszystko, czego zdążyliśmy spróbować w ciągu trzech dni pobytu. Oryginalnie przyprawione, jak dla mnie nieco orientalne smaki. Wszystko według tatarskich przepisów. Zdjęć nie będzie, bo zmęczeni przepedałowanymi kilometrami pałaszowaliśmy wszystko, co pojawiało się na stole nie myśląc o utrwalaniu obrazków na karcie pamięci. Można sobie podejrzeć w wyżej podlinkowanej stronie www.


Jurta. Ponoć nocować można również i tam.

Dla mnie, wychowanej na południu Polski i przyzwyczajonej do krajobrazów Wyżyny Krakowsko - Częstochowskiej i Karpat pejzaż Polski północno-wschodniej wydaje się nieco egzotyczny i chwilami przywodzi na myśl krajobraz nadmorski. Piaszczyste podłoże, sosnowe lasy. Innym razem rozległa przestrzeń przywodzi na myśl Bieszczady... tylko wysokości nie te. Przyroda robi imponujące wrażenie. 
Egzotyczne są również nazwy osad i miejscowości, budowane zupełnie inaczej niż w mojej rodzinnej okolicy. Na tyle inne, że dla mnie trudne do zapamiętania!
I egzotyczna jest wielokulturowość regionu. Pomimo, że mieszkańców coraz mniej i o odmiennych kulturowo tradycjach świadczą bardziej zabytki i cmentarze, ślady bogatej historii spotyka się na każdym kroku.

Czas płynie tu wolniej. Można jechać kilkadziesiąt kilometrów i nie minąć żadnego sklepu. Można usłyszeń od pani Dżenetty żeby wybrać nową, nie główną drogę, bo ruch będzie mniejszy... a ruch na głównej drodze i tak jest żaden (przecież przyjechaliśmy z wiecznie zakorkowanego miasteczka). Trudno mi wyobrazić sobie takie życie na co dzień. Tym chętniej spędzam w takich miejscach wolny czas.

Podlasie jest trochę magiczne. 

Zauroczona Anaberry 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz