czwartek, 14 maja 2015

Sielska Suwalszczyzna

Z Podlasia ruszyliśmy na północ, w kierunku Olecka. Dzień był szary i wilgotny, więc rowerowanie i tak nam się nie uśmiechało. Zresztą potrzebowaliśmy odpoczynku, w szczególności ja (obudziłam się tego dnia w nie najlepszej formie).

Jadąc w wybrane tuż przed wyjazdem kolejne miejsce noclegu odwiedziliśmy Augustów i Suwałki. Standardowy plan naszego zwiedzania wyglądał tak, że na początek odnajdywaliśmy punkt informacji turystycznej i zdawaliśmy się na rekomendacje pracowników. Problem w tym, że nie zawsze poziom obsługi był adekwatny do naszych oczekiwań.
W Augustowie nie dowiedzieliśmy się wiele. Z kolorowym planem miasta w ręku ruszyliśmy w najoczywistszym kierunku, czyli w stronę jeziora, łudząc się, że może uda się w nie wypłynąć. Nadzieje te były na wyrost, a Augustów tak bardzo bardzo przedsezonowy. Panujący na głównych ulicach chaos w przestrzeni i pstrokacizna reklam sprawiły, że szybko ewakuowaliśmy się z Augustowa.







Kolejny przystanek: Suwałki. Tu, nie mniej niż gwiaździsty rynek w Krynkach, zaskoczył nas układ urbanistyczny miasta. Jego oś stanowi kilkukilometrowa ul. Kościuszki, na którą udaliśmy się za radą - tym razem bardzo profesjonalnej - pani z informacji turystycznej. Niestety, muzea z okazji poniedziałku były zamknięte i zaczął padać deszcz. Mimo apetytu na dłuższy spacer, zdecydowaliśmy się tylko zaspokoić apetyt na obiad, zrobiliśmy zakupy i pomknęliśmy dalej. Kiedyś na pewno wrócimy do Suwałk!

Aby dostać się do Białej Oleckiej, która miała nas gościć i być naszą bazą wypadową na kolejnych kilka dni, opuściliśmy Suwalszczyznę, przekroczyliśmy granicę województw i znaleźliśmy się na Mazurach Garbatych.
Pierwsze wrażenie, jakie robi posiadłość jest nieco... piorunujące. Zobaczyliśmy kolejno: częściowo zrujnowany pałac (z początków XX wieku), ogrodzenie z drutem kolczastym, rozległe zabudowania gospodarcze, spichlerze, kombajn... Dom(ek), w którym nocowaliśmy ujrzeliśmy po minięciu wszystkich powyższych atrakcji wewnętrzną drogą z granitowych "kocich łbów".
Dom Ogrodnika, bowiem tak zwie się nasz gościnny domek, tonie w zieleni zgrabnie zaaranżowanego ogrodu. Z zewnątrz wzrok przyciągają niemłode już ceglane ściany, wnętrze wita gorącym kaflowym kuchennym piecem i wszelkimi wygodami. Oraz nietuzinkowym wykończeniem i aranżację wnętrz. Podobno byliśmy pierwszymi gośćmi (!).

 
 


Agroturystyka na 101%. Zostawaliśmy sami z dwoma kotami gospodarzy, jednym zaprzyjaźnionym psem i kurami.


Pierwszą wycieczkę rowerową rozpoczęliśmy w Żytkiejmach, czyli zaledwie 2 km od granicy z Rosją. A następnie:
  • Przemknęliśmy Puszczą Romnicką, pachnącą niczym nadbałtycke lasy na wydmach (podobno, wszak z okazji szybko postępującego przeziębienia miałam nieco przytępione zmysły). 
  • Z dołu i z góry podziwialiśmy kolejowe dawniej mosty w Stańczykach.
  • Niepostrzeżenie znów przekroczyliśmy granicę województw.
  • Zerkaliśmy na mijane po drodze krowy (wypasa się ich tam mnóstwo!), a one na nas.
  • Próbowaliśmy odgadnąć, na czym polega wyjątkowość Głazowiska Bachanowo (Rezerwat przyrody), wszak głazów narzutowych mijaliśmy nieustannie setki, a może i więcej.
  • Leżeliśmy na pomoście nad głęboką Hańczą.
  • Szukałam granic swoich możliwości, gdy przyszło nam zmierzyć się z wysokościami względnymi w Suwalskim Parku Krajobrazowym.  
  • I znów zmieniliśmy województwo (choć krajobraz nie uległ radykalnej zmianie).
  • Odetchnęliśmy z ulgą napotykając drogowskaz "Żytkiejmy 6,5"...
Puszcza Romnicka
W Puszczy Romnickiej
Foto: K.
Stańczyki
Stańczyki
Jezioro Hańcza. Foto: K.




Teren, po którym się poruszaliśmy, jest bardziej pagórkowaty i pofalowany niż okolice Kruszynian. Ale z kolei pagórki są mniejsze i mniej rozległe niż na Podlasiu (przynajmniej tak nam się wydawało do mniej więcej 45 kilometra jazdy na rowerze).

Elementem, który raptownie zmienia się w krajobrazie jest zabudowa. Po pierwsze, gospodarstwa położone są z dala od siebie. Łączą je liche piaszczyste drogi, a między nimi ciągną się nie mające końca pola i pastwistka. Po drugie, drewno jako budulec należy do rzadkości. Zarówno domy jak i budynki gospodarcze są przeważnie murowane. Te starsze wiekiem z powodzeniem wykorzystują miejscowe surowce; budynki są ceglane lub zwyczajnie wybudowane z kamieni przywleczonych przez lodowiec. Pięknie to wygląda!


Nasz drugi rowerowy trip zrealizowaliśmy w dniu powrotu, tym razem na południowej granicy Suwalszczyzny. Nad Biebrzą. Równie pięknie, jak wszędzie dotąd, tylko... niemal zupełnie płasko.






Te niemal 60 kilometrów, które w tym dniu przejechaliśmy były zaledwie rekonesansem po Biebrzańskim Parku Narodowym (do jego najciekawszych zakątków raczej nie da się dotrzeć rowerem). Jak i cała suwalska część naszych krótkich majowych wakacji. To, co zobaczyliśmy wydaje się być maleńką cząstką tego, co Suwalszczyzna ma do zaoferowania, a to, co było akurat poza zasięgiem tylko rozbudziło apetyt na więcej.

Tym refleksyjnym akcentem powinnam zakończyć relację z wypadu, ale niebawem pojawi się tu jeszcze post scriptum :)


Anaberry

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz