poniedziałek, 18 maja 2015

Z Suwalszczyzny skok w bok do Giżycka

Czyli obiecany bonus :)


Przedostatniego dnia naszych mini wakacji pogoda przeszkodziła nam w kontynuowaniu jazdy rowerem. Po krótkim namyśle, co począć z chłodnym, pochmurnym i nieco deszczowym dniem, ruszyliśmy do Giżycka. Jednym z argumentów przemawiających za Giżyckiem było to, że jako jedyne z kilku okolicznych miast, których strony www przejrzałam, miało na bieżąco zaktualizowany dział turystyka.


Intuicja, by pójść tym tropem okazała się dobra. Zaczęliśmy tradycyjnie już podczas tego wyjazdu od wbicia w GPS adresu Informacji Turystycznej. Na miejscu poradą służyła nam wyjątkowo kompetentna dziewczyna, rzetelnie opowiadając o atrakcjach miasta adekwatnych do zastanych warunków pogodowych. Nie zwiedziliśmy Giżycka "od A do Z", zdecydowaliśmy się na spacer wzdłuż wybrzeża Jeziora Niegocin i na Wzgórze Świętego Brunona, rzekomy punkt widokowy. Giżycko urzekło nas nowoczesnym portem i panującym ogólnym ładem i harmonią w przestrzeni miasta. 

 
Na nasz hiperpozytywny odbiór być może miał pewien wpływ "przedsezon". Giżycko było w tym dniu nieco senne i ciche. W porcie oprócz nas nie było niemal nikogo. Mogliśmy napawać uszy dźwiękami natury i przy takim tylko akompaniamencie zrelaksować się na molo.



Skoro byliśmy w krainie jezior, oczywistym wyborem było, że na obiad muszą być ryby! Tawerna Marina była jedną z restauracji poleconych przez miłą dziewczynę w it.
Wystrój restauracji nie pozostawia wątpliwości co do rodzaju restauracji i lokalizacji nad wodą / w porcie. We wnętrzu dominuje naturalne drewno, biel oraz kilka odcieni niebieskiego; od świetlistych błękitów, po przygaszony szarością granat / kobalt. Dużo światła. Prosto, ładnie i na temat.
Jedliśmy smażone filety z okonia oraz sandacza w sosie kurkowym; oba dania w towarzystwie opiekanych ziemniaków i sałaty. Oba wyśmienite. Fileciki z okonia miały przyjemnie chrupiącą panierkę, a sos z kurek w połączeniu z sandaczem - przysłowiowe niebo w gębie. Pomimo, że mieliśmy pełne brzuchy, uśmiechnięta kelnerka przekonała nas do spróbowania gotowanego sernika z musem wiśniowym. Obłęd. Tylko tyle przychodzi mi na myśl.

Podsumowując tydzień spędzony w Polsce północno-wschodniej (Podlasie, Suwalszczyzna)... Były to nasze pierwsze świadome doświadczenia z tymże regionem kraju. Dla Kuby w ogóle, a jeśli o mnie chodzi, młodzieżowe wyjazdy na kolonie czy z rodzicami ciężko zaliczyć do świadomego podróżowania. Z tamtego czasu zostały mi zaledwie migawki w pamięci z odwiedzonych miejsc i coraz bardziej rozmywające się wrażenia.
Tegoroczny wyjazd zainspirował nas, by zaglądać tam częściej. Zrobiliśmy wstępne rozeznanie po atrakcjach w maju niekoniecznie dostępnych lub wskazanych, zlokalizowaliśmy kilka dobrze rokujących campingów na cieplejszą porę roku. Napaliliśmy się na spływ tratwą Biebrzą i kajakami w kilku innych miejscach. Teraz pozostaje tylko myśl "Wakacje, znów będą wakacje...!" 


A.

1 komentarz:

  1. Faktycznie nie widać tłumów i dobrze :) Port robi wrażenie. Zielone łódki jak pięknie prezentują się na zdjęciach.

    OdpowiedzUsuń