sobota, 6 czerwca 2015

Morza szum, ptaków śpiew

"Morza szum, ptaków śpiew (...)". Tak mi się kołatało po głowie, choć ptaki owszem, śpiewały, ale szumiał nade mną tylko las. Jakoś tak się przyjemnie jechało, że aż mnie naszło na nucenie... przez krótką chwilę. Potem było nieco gorzej. Miłe złego początki.




Miłe złego początki. Ach, jak to drewno pachnie!

W świąteczny czwartek wybrałam się z Kocierza Basie na Leskowiec. Rowerem.  Przestudiowanie przed wyjazdem mapy zrodziło we mnie wątpliwości, czy dam radę. W kilku miejscach poziomice niebezpiecznie się zagęszczają. A jednak nie nachylenie terenu okazało się największym moim wrogiem, ale sama droga. W początkowym odcinku zniszczona przez zimową zwózkę drewna, w wielu miejscach mocno wypłukana przez wodę. Czyli rozliczne koleiny i mnóstwo luźnego materiału; kamieni i patyków. Kto tego doświadczył pod dwoma kółkami, będzie wiedział, o czym mówię. Nieustanna walka o równowagę i kamienie uślizgujące się spod kół. Podbijane przez oponę w niezrozumiały dla mnie sposób kawałki drewna, lądujące na plecach (?!). A jak już nawierzchnia dawała radę, to pojawiały się błotne rozlewiska. Niektóre udawało się objechać, część można było tylko obejść. Prowadzony rower nie ułatwiał.
Na Leskowcu - szczycie, i wokół schroniska poniżej tłumy. Długo nie zabawiłam; za głośno było na czytanie książki.
  



Po czwartkowej przejażdżce jednego jestem pewna; w jeździe na rowerze nie ma nic bardziej upierdliwego niż bezustanne z niego zsiadanie. Nieustanna zabawa w "jadę / prowadzę" sprawiła, że straciłam cierpliwość, by zatrzymywać się w celu zrobienia zdjęć. Wróciłam wyjątkowo zmęczona, sama nie wiem, czy bardziej fizycznie czy psychicznie.
Ale nie ma tego złego (...) Proporcjonalna do zmęczenia była satysfakcja z pokonanej trasy. I nie mam wątpliwości, że te raptem dwadzieścia kilka kilometrów dużo wniosło w moją technikę jazdy. Tylko dlaczego dzień później, bolały ręce, a nie nogi? ;)

A.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz