wtorek, 9 czerwca 2015

Raz na wozie, raz pod wozem

Poszłam, albo raczej pojechałam za ciosem i po czwartkowej niełatwej, "technicznej" przejażdżce, w niedzielę znów wylądowałam w górach. Właściwie to niemal teleportowałam się wprost na szczyt góry. Dla mnie wjazd wyciągiem krzesełkowym nie stanowił specjalnej atrakcji, ale dla mojego roweru był to pierwszy raz. Całkiem dobrze sobie poradził ;)
Na Skrzyczne wjechaliśmy w czwórkę. Tam, zgodnie z planem, podzieliliśmy się na dwa zespoły: wyczynowy i dziewczyński. Każdy ruszył swoją trasą.


Skrzyczne


Trasa, nawet ta "dziewczyńska", bywała wymagająca. Trochę jazdy, trochę pchania, jak to w górach. Dwa dłuuugie zjazdy, które nam się przytrafiły, były wspaniałą nagrodą za wysiłek włożony w podjazdy.


Malinowska Skała
Zielony Kopiec

Gdy robi się naprawdę ciężko, zżymam się na siebie, że po co mi to było i więcej w to nie wchodzę. Później pojawia się dystans, rośnie satysfakcja i... jest jak po pierwszych koloniach. Początkowe "nigdy więcej" zamienia się w "ja chcę jeszcze raz!"
Recepta na sukces to dużo dobrego humoru i śmiechu, nawet gdy zaczyna brakować sił.


Czekająca na "jeszcze raz",
Anaberry

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz