środa, 26 sierpnia 2015

Projekt Kocierz. Część druga, czyli czas na podsumowanie

Zabieram się do napisania tego posta już nie pierwszy raz. Wstyd. Jednak przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta; za każdym razem mam inny pomysł na ujęcie tematu. Chronologicznie i opisowo czy może tematycznie? Skoro podsumowanie, wybieram drugą opcję. A na koniec w bonusie garść refleksji.

 

Potrójna, lipiec 2015

Spędzenie kilku kolejnych weekendów w jednym miejscu było pewnym wyzwaniem. Szczególnie, że nie były to domowe pielesze! Zależało mi, by nie popaść w rutynę, by spędzić ten czas uważnie. By odpoczywać od pracy, ale nie od życia.
Spotykaliśmy się z rodziną, z przyjaciółmi. Na zmianę radośnie trwoniliśmy czas lub spędzaliśmy go intensywnie, aktywnie, sportowo. A konkretnie?



Najbliżej przyrody

Przysiółek wsi w niewielkiej dolinie pośrodku lasu w górach to idealne miejsce, by złapać kontakt z naturą. Przyglądałam się ptakom, płazom i owadom. Wielokrotnie sprawdzałam, czy jagody wciąż nie zmieniły smaku :) Zbierałam zioła. Miętę do mrożonej herbaty i macierzankę... do pizzy!



Obserwowałam przyrodę począwszy od podwórka. Tacy goście jak na zdjęciach powyżej to budzące uśmiech przerywniki dnia. Ale podglądałam przyrodę i w szerszej perspektywie. Coraz dłuższe lub coraz krótsze dni, kolejne fazy księżyca, owocujące kolejno drzewa i krzewy, trawa z każdym tygodniem mocniej spalona słońcem - to wszystko wyznacza pewien rytm. Lubię czuć się jego częścią.


Okolice Potrójnej, lipiec 2015

Potrójna, lipiec 2015.
Na pierwszym planie, a jakże, jagody!


Nie samą przyrodą i chlebem człowiek żyje

Chleb był, najlepszy. Domowe wypieki moje i mamy, na zakwasie. Niewiele do szczęścia trzeba więcej, a jednak się o to więcej pokusiliśmy. Gotowaliśmy sezonowo i w miarę lokalnie, jak przystało na chatę w górach. Niespiesznie, z wszelką dbałością o szczegóły. A co takiego?
  • Sztandarowym, cotygodniowym daniem były "prażone". Lubię moment, gdy wszyscy zasiadamy przy stole do krojenia składników, nawet jeśli wywiązują się sprzeczki o krojenie cebuli :) 
  • Pierogi z jagodami, choć miał być makaron z grzybami. Ot, zjedliśmy, co zaoferował las. 
  • Sezonowe owoce. Sauté, w koktajlach i ciastach.  
  • Pomidory, z każdym weekendem smaczniejsze.
  • Świeży bundz. Mozarella z marketu niech się schowa!
  • Pachnące dymem, grillowane ryby. I mięsiwa, a jakże. Wszak Polska wzdłuż i wszerz grillem stoi.


Sezonowe zbiory

Ziemniaki w kociołku, czyli "prażone" (tudzież "pieczone").

  Aktywnie!

Brzuchy pełne, więc wypadało by spalić nadmiar kalorii. W zależności od sił i chęci:
  • Wędrowaliśmy po okolicy. Spacerów na Potrójną i herbatę w Chatce na Potrójnej nigdy dość. Zawsze warto też sprawdzić poziom wody w Kocierce i czy z bobrzą tamą wszystko w porządku.
  • Jeździłam na rowerze. Albo pchałam rower. A nawet sprowadzałam... w dół. Dotarłam do końca ścieżki, która według mapy istnieje (tymczasem później w rzeczywistości już tylko las i prowadzenie roweru korytem potoku). Innym razem do cienkiej granicy paniki, gdy droga dawała w kość a koła roweru niebezpiecznie uskakiwały na kamieniach. Im trudniej,tym większa jest satysfakcja z przebytej trasy.
  • Biegałam. Gdy biegam w lesie, wyjątkowo nie zabieram muzyki :)


1 sierpnia 2015
Z widokiem na Żar. Sierpień 2015.
Foto: M.
 
Garść refleksji

 Jak wszyscy wiedzą, "co nas nie zabije, to nas wzmocni". Dla wytrwałych kilka sytuacji, które skłoniły mnie do głębszych myśli. Bo wszystko wydarza się po coś...

Początkiem lipca ujęcie wody spłatało nam figla. Najpierw w kranach pojawiła się bura ciecz, później pompa męczyła się, nie mając już czego pompować. Podjęliśmy dwie istotne w skutkach decyzje. O odłączeniu pompy i że mimo wszystko zostajemy do końca weekendu :) Z kranu ciurkała, jakby od niechcenia, mała strużka wody.
Co dalej? Okazało się, że dorosły człowiek do umycia się potrzebuje zaledwie 4-5 garnuszków wody a i zmywanie naczyń da się zorganizować. Naocznie uświadomiłam sobie skalę marnowania wody na co dzień. I nie oznacza to, że do końca życia zamierzam używać garnuszka do kąpieli. Ale skala zjawiska dotarła do mnie mocniej niż gdy o problemie czytam, czy nawet oglądam "Dzień świra".
Nawiasem mówiąc tydzień później okazało się, że problemem nie była, jak przypuszczaliśmy susza. Wystarczyło przeczyścić ujęcie wody, by sytuacja wróciła do normy.

Tydzień później, dla odmiany, przeżyliśmy półdniowy brak prądu. Po burzy. Ciasto, które przerwa w dostawie zastała w piekarniku, szczęśliwie udało się dopiec. Na wieczór czekałam ze spokojem, zaopatrzona w kilka rodzajów świec :)

1 sierpnia o 17, w godzinę "W" pchaliśmy rowery korytem górskiego potoku. Stało się tak, bo droga na mapie okazała się już nie być drogą i stopniowo zaniknęła. Najpierw w trawie, później w lesie, w którym zdezorientowany naszym widokiem jeleń przebiegł nam drogę. A my zamiast zawrócić postanowiliśmy sprawdzić, co kryje się za kolejnym pagórkiem i kolejnym zakrętem. Pomyślałam, że przyszło nam żyć w całkiem dobrych czasach, skoro moim jedynym zmartwieniem jest chwilowy brak drogi odpowiedniej do jazdy rowerem.


Nie wiem, czy ktokolwiek pokusi się o przeczytanie posta w całości. Takie tam wywody. Ale potrzebowałam domknąć kocierski eksperyment podsumowaniem.
Tymczasem od jutra zabieram się za posty z wakacyjnego wyjazdu!

Anaberry



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz