czwartek, 10 września 2015

Suwalszczyzna - ciąg dalszy nastąpił

O Bieszczadach mówi się, że się w nie nie jeździ, ale wraca. Takich miejsc mam więcej na mojej osobistej liście. Gdy w maju przemierzaliśmy na dwóch lub czterech kołach północno-wschodnie krańce kraju, wiedzieliśmy już, że w te rejony wrócimy. 

W maju na Suwalszczyźnie zrobiliśmy ledwie rekonesans. Pojechaliśmy na żywioł, na miejscu orientując się w atrakcjach regionu. Niewiele udało się zobaczyć. Niezupełnie dopisała pogoda a i czasu nie było wiele. Tym razem jednak dotarliśmy w samo zielone serce regionu - nad Jezioro Wigry w Wigierskim Parku Narodowym.

 
Nad Wigrami

Bazą tej części naszego wypadu było pole namiotowe nad jeziorem w miejscowości Rosochaty Róg. Kilkudniowy pobyt nad samym brzegiem jeziora to nie tylko frajda z możliwości zażycia kąpieli o dowolnej porze dnia (i nocy). To przede wszystkim codzienny spektakl. Suwalskie (i mazurskie) jeziora mają bowiem kolor nieba...
Wszystkie poniższe zdjęcia zostały wykonane w przeciągu kilku dni z brzegu, przy którym obozowaliśmy.

Jezioro Wigry w dniu przyjazdu
Foto: K.

Jezioro Wigry kiedyś...
...i jeszcze kiedyś...
Foto: K.
...kto by liczył dni na wakacjach!
Foto: K.
O świcie...
...i jeszcze raz; Jezioro Wigry o świcie

Wokół Wigier

Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie postanowili sprawdzić, jak jezioro prezentuje się z innych stron. Pomysł na rowerową wycieczkę wokół Wigier był oczywisty. Nie zniechęciła nas nawet nieustanna tamtego dnia zabawa z burzą w kotka i myszkę (my byliśmy myszką). Szczęśliwie za każdym razem, gdy burza nas dopadała, znajdowało się odpowiednie miejsce, by przeczekać nawałnicę i bijące pioruny.

Rosochaty Róg

Przemieszczaliśmy się fragmentami rowerowego szlaku R11 Przylądek Północny - Ateny (!), lokalnym zielonym szlakiem pieszym (dostępnym dla rowerów) i innymi drogami. Większa część trasy prowadziła nas wśród pól i lasów (Puszcza Augustowska). Nad samym jeziorem lądowaliśmy sporadycznie, gdyż duża część jego brzegów objęta jest ochroną lub znajduje się w prywatnych rękach. Mimo to każde z miejsc prezentowało się inaczej od poprzedniego i zdecydowanie warte było naszej uwagi.

Plażunia gdzieś między Rosochatym Rogiem a Mikołajewem
Bryzgiel
Foto: K.
Bryzgiel
Bryzgiel
Tereny zagospodarowane wokół Wigier to misz-masz urokliwych przysiółków i siedlisk, wakacyjnych domków lub przyczep przycupniętych na działeczkach, rozległych campingów a nawet hoteli. Dla każdego coś miłego, choć moją uwagę przyciągała głównie zabudowa tradycyjna lub do takowej nawiązująca.

W Gawrych Rudzie
W Gawrych Rudzie

Łódki to jeden z moich ulubionych fototematów :)

Binduga - okolica miejsca niegdysiejszego spławiania drewna
Foto: K.
Kładki w okolicy Czarnej Hańczy po zachodniej stronie jeziora to miejsce niewątpliwie magiczne... A przynajmniej takim by było, gdyby nie wszechobecna, parująca wilgoć i natarczywie kąsające gzy ;)

Kładka w okolicy Czarnej Hańczy
Foto: K.
Czarna Hańcza

Do Sejn i z powrotem

Wyruszyliśmy przy zachmurzonym niebie...

Kolejna wycieczka rowerowa, o którą się pokusiliśmy. Unikaliśmy głównych dróg (choć te, po ostatnim rozdaniu unijnych środków robią wrażenie!). Korzystaliśmy z dróg polnych, szutrowych, wijących się między gospodarstwami. Uznaliśmy, że będą atrakcyjniejsze. Okazało się, że nie tylko w kontekście pejzażu ale i wielorakich doznań. Drogi te bowiem, częstokroć o nawierzchni pokarbowanej niczym gofry, zapewniają multum wrażeń! Trzęsie człowiekiem, aż gruchocą kości. Na pocieszenie dla odmiany czasem trafia się sypki piach. Nagle robi się cicho i miękko... a co to dokładnie oznacza dla rowerzysty wie ten, co próbował po piachu jeździć :) Drogi prowadzą terenem niemrawo falującym w górę i dół. Nie ma męczących podjazdów... nie ma więc i radosnego toczenia się "z górki na pazurki". Ot, żmudne pedałowanie.

Trudy podróży wynagradzały wrażenia estetyczne. W promieniach słońca złociły się ścierniska, a na ich tle mieniły kolorami kwietne, wonne łąki. Choć zieleń ich sierpniowa, zmęczona, jakby przykurzona, bocianom wyraźnie i tak pasowało. Pasącym się łaciatym krowom również. Zerkały na nas zdziwione, a cielęta gapiły się wprost... swym cielęcym wzrokiem (już wiem, skąd to powiedzenie!).

Foto: K.


Poznawanie Sejn zaczęliśmy od kuchni, czyli rewelacyjnego obiadu w sejneńskiej Karczmie Litewskiej. Później zrobiło się nieco... abstrakcyjnie. Podominikański klasztor o arcyciekawej historii niemal każdą cegłą woła o renowację. We wnętrzach pełnych ciekawych detali architektonicznych urządzono różne ekspozycje. Zupełnie ze sobą niespójne, bez wspólnej myśli przewodniej, jakby każde pomieszczenie urządzał ktoś inny. Doświadczenie było co najmniej osobliwe, ale miejsce ma ogromny potencjał. Warto było kupić bilet i dorzucić symboliczną cegiełkę na poczet ogromnych potrzeb.


Klasztor podominikański w Sejnach
Wnętrza klasztoru

Najciekawszy eksponat
Moje ulubione w sejneńskim klasztorze

Przejeżdżając przez miasto pstryknęłam jeszcze tylko kilka zdjęć.





...wracaliśmy w pełnym słońcu.


Foto: K.


 W Wigrach

Wigry to nazwa nie tylko jeziora, ale i miejscowości. Położonej urokliwie, na cyplu, wioseczki, która powstała wokół imponującego klasztoru zakonu kamedułów. W Wigrach bywaliśmy niemal codziennie. Wpadaliśmy a to na rekonesans, a to wypożyczyć kajak, to znów po drodze, albo specjalnie na słynne wigierskie pierogi. Koniec końców, sam klasztor zwiedziliśmy dopiero w dniu wyjazdu w dalszą podróż :)

Pokamedulski klasztor w Wigrach

Foto: K.

Ostatnie spojrzenie na Jezioro Wigry
Foto: K.

Na koniec tej przydługiej fotorelacji - fotozagadka. Z czym kojarzy Wam się poniższe zdjęcie?
Dodatkową ciekawostką jest fakt, że Wigry użyczyły swej nazwy (choć z pewną domieszką słowotwórstwa) również innemu sprzętowi niż temu, który sugeruje poniższe zdjęcie. I ów sprzęt zupełnie niedawno przewinął się przez bloga!




Anaberry


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz